Kolejny wolny dzień można o kant dupy rozbić. Z I się nie spotkam bo ma jakieś inne zajęcia ze swoimi znajomymi więc się nie będę wcinać. P pisze te nieszczęsne konspekty i absolutnie się nie wyrobi do wieczora.
W moim miasteczku odbywa się Jarmark rzemieślniczy. Gwiazdą wieczoru ma być sama Maryla Rodowicz... Mieszkańcy okolicznych wsi i miasteczka śpieszą do miejskiego parku, gdzie jest strzelnica, wesołe miasteczko, wata cukrowa, Perła rozrobiona z wodą i kiełbasa z grilla. Po występie "divy" ma być pokaz fajerwerków. Urząd miejski szacuje, że koncert obejrzy ponad 10 tysięcy osób. Ile z nich będzie wracało samochodem po pijaku do domu tego jeszcze nie przewidzieli.
Ja jednak wolałabym pójść do Janka na finał. Nie cierpię lokalnych masowych imprez, kolejek do toitoia, wszechobecnego chamstwa i ciągle słyszanego soczystego kurwa jako zamiennika przecinka.
Swoją drogą, mam nadzieję, że się rozpada i całe te jarmarki wezmą w łeb.
Jednak cały mój dzisiejszy dzień zależy od szybkości tworzenia P.
Shit.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz