Mucha ma chyba jeszcze obolałe biodra, nie ma siły skakać. Ja też nie. Po za tym kicha i boję się, że to znów katar i znów wydane 150 zł i masę zachodu z chodzeniem na zastrzyki i zapuszczanie kropli.
Praca z młodszą córką szefostwa wykańcza mnie psychicznie. Ciągle mnie ta dziewczyna poucza, pyta o moje zdanie i stwierdza, że "nie" bo ona wie lepiej, nie wykonuje żadnej fizycznej pracy typu: zamiatanie i mycie podłogi, zmiatanie chodnika, mycie okna czy wcieranie ścierką butów. Mówi natomiast z wyrzutem, że buty są w kurzu i patrzy na mnie wymownie... Liczenie kasy na koniec dnia traktuje jak swój obowiązek tyle, że nie potrafi się należycie z niego wywiązać bo ciągle się myli. Kiedyś pracowałam z jej starsza siostrą (i jednocześnie moją koleżanką z klasy) - wtedy po prostu odwalałam czarną robotę i jeszcze sobie pogadałyśmy. Robiła co uważała za słuszne, kasę liczyła sama, nie pouczała mnie i jakoś się dogadywałyśmy.
Muszę wytrzymać, w końcu to nie ona mi płaci.
Z P się jakoś układa.
23 w piątek. Nie pobaluję. Klindamycyna 1200 mg dziennie do piątku wieczorem włącznie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz